od chwili
gdy opuścił w bólach łono matki
uświadamiano go
że jest spóźniony
do żadnej rzeki
nie wstąpił dwa razy
a do niektórych
ani razu
nieustannie przegrywał wyścig
z oszalałym zegarem życia
spóźnione myśli
artykułował w próżnię
miłości zbyt długo nieuświadomione
obracały się przeciw niemu
zmęczenie
wypierało jago zapał
i tylko śmierć
czekała na niego za rogiem
Kącik złamanych serc pod miastem,
łoża z kamiennym baldachimem,
gruba pierzyna jest tam piaskiem.
Piasek otula łoża skrzynię.
Tam się spotkamy po rozłące,
tam się na pewno połączymy,
tam wszystkie ciała robak plącze,
tam się wygodnie rozłożymy.
I wybijemy się do słońca
krzewem jaśminu lub bzu drzewem
i tak będziemy trwać do końca.
Jakiego końca? tego nie wiem
dni które przeszły przeze mnie
wyleciały
sępem
krukiem
gołębicą
dni które zamknąłem w sobie
łzawe perły
chłodne diamenty
trupy
coś na kształt róży
dni które mam przed sobą
ze znaków zapytania
przemienię w wielokropki
dzień ostatni
spadnie czarnym kleksem
na śnieżny papier ciała