Odysi podróżnogłodni
prędkozmienni przyjaciele
rozumie mój i miłości
myślałem jak was kochać
kochałem o was myśleć
a dziś serce i rozum
skradła sroga Vanitas
co bez miłości kocha trwać
a rozum nasz jej nie pomieści
pozostał we mnie szorstki płacz
heraklitowe łzy boleści
i głuchy jęk
i gorycz słów
cierpka tęsknota za wspomnieniem
byliście skałą mą
dziś w puch zmienioną
wiatr was wzniósł nad ziemię
pognał jak białe gąbki chmur
przywrócił ziemi z letnim deszczem
nie wiem gdzie
szukam
bo jesteście
ale nie dla mnie
dla mnie przestrzeń
tak wielka że się w niej nie zmieszczę
brak granic bardziej ogranicza
zmienia na drobne
na drobniutkie
aż staję się ot mikroludkiem
z sercem jak pestka od cytryny
małym i kwaśnym
z tej drobiny
wyrośnie drzewo
znak samotni
owoce cytryn
liście pokrzyw
ciernie i osty drzewo wyda
i nawet ptakom się nie przyda
owa meduza botaniczna
mutacja piękna i ohydy
pod drzewem tym tęsknoty grzyby
nie będą dla nikogo strawą
karmione co dzień rosą krwawą
z jadami smutku pomieszaną
z kim mnie zdradziłaś pani amo
ty która każesz zwać się stałą
panie cogito
gdzie odszedłeś
gwarancie mego człowieczeństwa
który wpędziłeś mnie w ten tłum
cogito
amo
ergo
sum
jest
prawdą
prawd
was nie ma
oto cały bezsens
was nie ma
jestem czy nie jestem
krach filozofii świat ogląda
czy mój krach
Ta wiosna się nie zazieleni liściem
- pachnącym
- jak aksamit
nic nie okryje kiru ziemi
- sukienką łąki
- mchu pierzami
tej wiosny nie zwiastuje słowik
lecz szczebiot ptaków metaliczny
który nadają megafony
ukryte w drzewach
syntetycznych
ta wiosna będzie całkiem dżdżysta
lecz deszcz nie zmyje ciał z chodnika
bo każda kropla
gęsta
tłusta
jak jad wypalać będzie
wnikać w ziemię zatrutą i jałową
tej wiosny nie powita słowo
kocham
i słońce nie rozświeci
jedynie stara wyliczanka
w smogach wieczora i poranka:
-dzień dobry dzieci-śmieci
gdzieście były
coście robiły
-byłyśmy na ziemi
i zrobiłyśmy TO
dni które przeszły przeze mnie
wyleciały
sępem
krukiem
gołębicą
dni które zamknąłem w sobie
łzawe perły
chłodne diamenty
trupy
coś na kształt róży
dni które mam przed sobą
ze znaków zapytania
przemienię w wielokropki
dzień ostatni
spadnie czarnym kleksem
na śnieżny papier ciała